Pamiętacie Młode wilki Jarosława Żamojdy (1995)? To jedna z pierwszych opowieści o młodym pokoleniu Polaków w nowej, kapitalistycznej rzeczywistości. Główny bohater, Robert, jest szkolnym prymusem. Musi jednak dorabiać jako niewykwalifikowany robotnik remontowo-budowlany. Jego mniej zdolni, ale zaradniejsi koledzy urządzili się lepiej, przemycając to i owo przez granicę. Czas wypełnia im nie nauka i praca, lecz poważna działalność przestępcza, przekręty, ustawianie przetargów na autostrady oraz imprezy w ekskluzywnych wnętrzach. Jeden z „młodych wilków”, Cichy, który stanowi dla Roberta wzór, ginie jednak w mafijnych porachunkach, co sprawia, że Robert rezygnuje jednak z tej kariery. I, zapomniałbym, jest jeszcze Cleo, Amerykanka emanująca erotycznym fluidem. Nie mogę sobie przypomnieć, czy Cleo mówi w filmie po angielsku, czy po polsku z amerykańskim akcentem (na początku lat 90. taki akcent świadczył, jak pamiętamy, o klasie i nowoczesności). Na koniec filmu wyjeżdża z powrotem do Stanów, ale bez tragedii, jak to w nowej rzeczywistości: nic nie jest ani na zawsze, ani nie na zawsze – bo to się zawsze dopiero okaże.
Młode wilki były w pewnym sensie realistycznym obrazem początków transformacji. Oczywiście nie w sensie realiów społecznych. Film oddawał z dużą wiernością nie tyle przeciętność i codzienność nowego porządku społecznego, co fantazmatyczną podszewkę, która pozwalała tej potoczności się toczyć. Były w tym filmie poplątane ze sobą, czasem sprzeczne motywy. Amerykański sen o drodze „od pucybuta do milionera”, marzenie o drodze na skróty (przemyt, przekręty jako wyraz ludzkiej przedsiębiorczości), przestroga, że droga ta skończyć się musi źle (ach, gdybyż była tylko jedna jedynie słuszna mafia... ale niestety jest ich więcej i nie wszystkie do końca się lubią), opowieść o „cwaniakach” i „frajerach”, fantazja o polskim narodzie jako „prymusie” transformacji, który jest piekielnie zdolny, ale niestety ma biednych rodziców i wyniesiony z domu honor, na razie więc musi harować, ale może w przyszłości, kto wie, jakaś bogata i piękna Amerykanka zwróci na niego uwagę...
Tymczasem mijają lata i, proszę bardzo, do kin wchodzi Wojna polsko-ruska Xawerego Żuławskiego (2009). W pewnym sensie film bardzo podobny – wypisz wymaluj lata 90. Realia początków transformacji zanurzone w fantazmatycznej mazi, która jest jej prawdziwą podszewką. Masowa kultura konsumpcyjna jako źródło cierpień itp. itd. Jednak Wojna polsko-ruska jest nie tylko kontynuacją, ale i korektą opowieści Żamojdy. Nie tylko dlatego, że Żuławski – za Masłowską – wyrażając panujące fantazje, zarazem poddaje je z miejsca wnikliwej dekonstrukcji. I nie tylko dlatego, że reżyser – najwyraźniej idąc w ślady ojca (zwłaszcza z filmu Opętanie) – odwołuje się do innej, mniej hollywoodzkiej, a bardziej kampowej poetyki. I nawet nie tylko dlatego, że Żamojda opowiadał o Polakach, a Żuławski opowiada też co nieco o Polkach tych Polaków. Różnica bierze się przede wszystkim stąd, że zmienił się kontekst – forma, w jakiej wyrażają się nasze kolonialne kompleksy. Na wierzchu jest już nie tylko amerykański sen, lecz także „niski” (ojczyźniany) romantyzm. Już niekoniecznie czujemy się niedocenionym, ubogim nie z własnej winy prymusem nowej Europy. Dziś coraz łatwiej jest nam rozpoznać się w postaci dresiarza, który przeżywa różne niedające się racjonalnie wytłumaczyć perypetie, i dla którego frazes „wszystko jest jeszcze możliwe” brzmiałby raczej jak groźba niż obietnica.
Równoległa lektura obu filmów może być źródłem niemałej frajdy. Jak mafia, to może niekoniecznie ekskluzywne wnętrza i dreszczyk emocji przy przekraczaniu granicy skradzionym w Berlinie samochodem, to może po prostu wciąganie prochów przez długopis i zwykłe, ludzkie, normalne bicie w morde? Jak kobiety, to może niekoniecznie od razu tajemnicza Cleo, to może na każdy „dzień bez ruska” inna powiatowa piękność? Jak nowa kultura konsumpcji, to może nie przyjęcia w eleganckich willach, ale raczej festyny, disco polo i (ustawione niczym przetarg na autostradę) konkursy miss tego i owego? W Młodych wilkach były też i przaśne, obciachowe elementy nowej zglobalizowanej rzeczywistości (ogrodowe krasnale służące mafiosom do przemytu uranu), ale dominowała fantazja o luksusie, tymczasem w Wojnie polsko-ruskiej właśnie przaśność wysuwa się na pierwszy plan. Film Żuławskiego nie tyle jednak polemizuje z obrazem Żamojdy, co go przewrotnie uzupełnia. Żamojda również był do pewnego stopnia krytykiem transformacji, ale pokazując jej „patologie”, pozostawiał jednak nienaruszoną fantazmatyczną podszewkę, która sprawiała, że były one częścią normalnego biegu rzeczy. (Ostatecznie widzów mogła nawet rozpierać duma, że wreszcie mamy prawdziwych gangsterów, jak w Ameryce). Dlatego to dzieło Żuławskiego zawiera klucze, dzięki którym oba obrazy mogą być zrozumiałe. Mówiąc inaczej: Robert od początku był nikim innym jak właśnie Silnym. Ale dopiero teraz się o tym dowiaduje.
Wojna polsko-ruska to ważny film o dzisiejszej Polsce. Duet Masłowska-Żuławski pokazuje, jak hartowało się tu nowe społeczeństwo konsumpcyjne, na jakich marzeniach i fantazjach się oparło. Wydobywa schemat relacji między płciami kształtujący się w świecie „po seksmisji”, w niekończącym się „dniu bez ruska”. Pokazuje nam nas w sposób, w jaki może wolelibyśmy o sobie nie myśleć, ale który pozwala nam nieco lepiej zrozumieć, gdzie jesteśmy i co się z nami dzieje. Ze swej strony chciałbym tylko dodać, że chociaż wojnę polsko-ruską wygrywają oczywiście, oczywiście Polacy, to dręczy mnie podejrzenie, że moralne zwycięstwo przypadło tym razem komu innemu. Film kończy bowiem (uwaga! zdradzam szczegóły zakończenia utworu) wcale nie obraz premiera Tuska z biało-czerwonym szalikiem, lecz piosenka ukraińskiej grupy 5nizza: Ja sałdat, ja sałdat, ja sałdat..., przechodzące w Aj em sołdżer, aj em sołdżer, aj em... No, super. Jesteśmy wreszcie w domu.
wtorek, 9 czerwca 2009
sobota, 2 maja 2009
Europę stać na więcej
Pięciolecie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej skłania do podsumowań. Stawia się pytania, co dało Polsce te pięć lat. W doświadczeniu wielu Polaków i Polek Europa przestaje powoli być obiektem fantazmatycznym, spełnieniem ich zbiorowych marzeń lub koszmarów. W coraz większym stopniu jest po prostu naszą rzeczywistością, której wpływ na nasze życie raz jest dobry (strumienie unijnych pieniędzy, otwierające się rynki pracy), innym razem zły (los stoczni w Gdańsku, Gdyni, Szczecinie). Nasz zbiorowy stosunek do Europy stał się niewątpliwie dojrzalszy, bardziej realistyczny. Wciąż jednak nie stała się ona w potocznym odczuciu czymś, co kształtujemy i za co jesteśmy współodpowiedzialni. Niemrawa kampania do europarlamentu, w której dominuje perspektywa narodowa, a także niskie zainteresowanie eurowyborami pokazuje to może najlepiej.
Ostatnie pięciolecie przyniosło jednak głębokie zmiany nie tylko w Polsce, lecz także w polityce europejskiej. Unia Europejska nie jest dziś taka sama jak wtedy, gdy do niej wstępowaliśmy. Zapowiedź tego mieliśmy już w roku 2004, kiedy nowo wybrany Parlament Europejski zablokował kandydaturę Rocco Buttiglionego na unijnego komisarza ds. praw obywatelskich. Potem przyszły następne konflikty – o dyrektywę patentową i o dyrektywę usługową (Bolkesteina), by wymienić tylko te najgłośniejsze. To znak dojrzewania europejskiej wspólnoty politycznej. Unia coraz bardziej staje się tym, czym powinna być – nie tylko obiektem fantazji czy narzędziem w ręku technokratów, lecz polem otwartego sporu, terenem zmagań o kształt naszego wspólnego świata.
Jednocześnie mamy do czynienia z bezprecedensowym „równaniem w dół” pod względem standardów socjalnych i pracowniczych. Impuls do tego równania w dół (Amerykanie używają w tym kontekście malowniczego wyrażenia race to the bottom, czyli „wyścig na dno”) dało do pewnego stopnia przyjęcie nowych krajów, w których standardy socjalne są niższe, a praca ludzka jest gorzej wynagradzana. Jednak decydująca była odpowiedź Komisji na tę sytuację. Zamiast poszukać prawnych i politycznych narzędzi, które pozwoliłyby powstrzymać obniżanie standardów, Komisja Europejska kierowana przez José Barroso przyjęła tę tendencję z otwartymi ramionami. Dumping socjalny w UE nie jest tylko efektem „naturalnych” procesów, lecz także skutkiem prowadzonej przez obecną Komisję polityki.
W europejskich zmaganiach o kształt wspólnego świata czasem przewagę uzyskuje lewica, a czasem prawica. Jednak zdominowana przez prawicę komisja Barroso konsekwentnie popierała interesy dużych państw członkowskich i wielkiego biznesu kosztem praw pracowniczych, konsumenckich i ekologicznych. Chodzi nie tylko o stronniczość Komisji w konkretnych sprawach, takich jak pomoc publiczna dla polskich stoczni (w parlamentarnej debacie na ten temat zgodnie wskazywali na to przedstawiciele wszystkich frakcji). Działania Barroso oraz jego koleżanek i kolegów mają szkodliwy wpływ także na kształt unijnych instytucji, na reguły świata, w którym żyjemy.
Przez pięć lat komisja Barroso nie znalazła czasu na wydanie wytycznych dotyczących przesłanek pozagospodarczych w stosowaniu prawa konkurencji. Tym samym względy społeczne i ekologiczne, które przed 2004 rokiem odgrywały poważną rolę w ograniczaniu destrukcyjnych skutków nieograniczonego rynku, praktycznie przestały się liczyć. Krajowe instytucje odpowiedzialne za ochronę konkurencji, na które przeniesiono kompetencje w tym zakresie, ani razu nie skorzystały z tych przesłanek.
W grudniu 2007 Europejski Trybunał Sprawiedliwości wydał precedensowe (i bardzo kontrowersyjne) wyroki w sprawach Laval i Viking (potwierdzone kilka miesięcy później wyrokiem w sprawie Rüffert), legalizując dumping socjalny i ograniczając poważnie prawo do strajku na terenie UE. Wyroki te wywołały konflikt między Komisją a Parlamentem. Parlament kilkakrotnie zwracał się do Komisji o rewizję dyrektywy o delegowaniu pracowników (która była podstawą prawną orzeczeń ETS). Barroso nie zareagował. Tym samym Komisja staje się odpowiedzialna za dumping socjalny, ograniczenia wolności związkowych i łamanie zasady „równa płaca za równą pracę w tym samym miejscu”.
W roku 2005 utworzono Frontex – unijną agencję odpowiedzialną za kontrolę granic zewnętrznych. Działalność Frontexu, a także polityka migracyjna i graniczna Unii nie tylko wzbudza ostrą krytykę ze strony organizacji broniących praw człowieka, lecz także wywołała „poważne zaniepokojenie” Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców oraz stanowczą krytykę komisarza ds. praw człowieka Rady Europy Thomasa Hammarberga. Marzenie o Europie jako ojczyźnie i przystani praw człowieka zaczyna coraz bardziej rozchodzić się z rzeczywistością.
To tylko kilka przykładów z bardzo długiej listy. Jest to bezdyskusyjnie najgorsza komisja w dziejach Wspólnot Europejskich. A jednak Barroso ma spore szanse na to, by zachować stanowisko na kolejną kadencję.
Jak to możliwe?
Przyjrzyjmy się stanowisku różnych frakcji w Parlamencie. Chadecy już ogłosili, że Barroso będzie ich kandydatem na przewodniczącego następnej Komisji. Zieloni sprzeciwiają się tej kandydaturze, a hasło „Stop Barroso” („Barroso musi odejść!”) uczynili jednym z wątków przewodnich swojej europejskiej kampanii wyborczej. Także europejscy komuniści na pewno będą przeciw Barroso. Liberałowie raczej Barroso poprą, chociaż najpewniej spróbują wytargować przy okazji dla siebie stanowisko przewodniczącego Parlamentu (na co mają poważne szanse). W tej sytuacji wiele, może najwięcej zależy od socjalistów. Ci zaś wahają się – lub raczej są w tej sprawie podzieleni.
Dlatego warto, zanim oddamy głos w nadchodzących wyborach, upewnić się, co nasz kandydat lub kandydatka myśli o kandydaturze Barroso na szefa Komisji. W tej sprawie nie ma miejsca na neutralność. Znam wiele osób, które noszą się z zamiarem oddania głosów nieważnych, gdyż czują, że po prostu nie mają na kogo głosować, że żadna lista jako całość nie spełnia ich minimalnych oczekiwań. Z czysto polskiej perspektywy jest w tym wiele racji. Ale dla Europy to są niezwykle ważne wybory. Europy nie stać na kolejne zmarnowane pięć lat. Tylko od nas zależy, czy Europę stać będzie na coś lepszego niż odchodząca komisja. Wciąż mamy szansę powstrzymać Barroso, zatrzymać wyścig na dno i nadać Unii Europejskiej nowy kierunek.
Ostatnie pięciolecie przyniosło jednak głębokie zmiany nie tylko w Polsce, lecz także w polityce europejskiej. Unia Europejska nie jest dziś taka sama jak wtedy, gdy do niej wstępowaliśmy. Zapowiedź tego mieliśmy już w roku 2004, kiedy nowo wybrany Parlament Europejski zablokował kandydaturę Rocco Buttiglionego na unijnego komisarza ds. praw obywatelskich. Potem przyszły następne konflikty – o dyrektywę patentową i o dyrektywę usługową (Bolkesteina), by wymienić tylko te najgłośniejsze. To znak dojrzewania europejskiej wspólnoty politycznej. Unia coraz bardziej staje się tym, czym powinna być – nie tylko obiektem fantazji czy narzędziem w ręku technokratów, lecz polem otwartego sporu, terenem zmagań o kształt naszego wspólnego świata.
Jednocześnie mamy do czynienia z bezprecedensowym „równaniem w dół” pod względem standardów socjalnych i pracowniczych. Impuls do tego równania w dół (Amerykanie używają w tym kontekście malowniczego wyrażenia race to the bottom, czyli „wyścig na dno”) dało do pewnego stopnia przyjęcie nowych krajów, w których standardy socjalne są niższe, a praca ludzka jest gorzej wynagradzana. Jednak decydująca była odpowiedź Komisji na tę sytuację. Zamiast poszukać prawnych i politycznych narzędzi, które pozwoliłyby powstrzymać obniżanie standardów, Komisja Europejska kierowana przez José Barroso przyjęła tę tendencję z otwartymi ramionami. Dumping socjalny w UE nie jest tylko efektem „naturalnych” procesów, lecz także skutkiem prowadzonej przez obecną Komisję polityki.
W europejskich zmaganiach o kształt wspólnego świata czasem przewagę uzyskuje lewica, a czasem prawica. Jednak zdominowana przez prawicę komisja Barroso konsekwentnie popierała interesy dużych państw członkowskich i wielkiego biznesu kosztem praw pracowniczych, konsumenckich i ekologicznych. Chodzi nie tylko o stronniczość Komisji w konkretnych sprawach, takich jak pomoc publiczna dla polskich stoczni (w parlamentarnej debacie na ten temat zgodnie wskazywali na to przedstawiciele wszystkich frakcji). Działania Barroso oraz jego koleżanek i kolegów mają szkodliwy wpływ także na kształt unijnych instytucji, na reguły świata, w którym żyjemy.
Przez pięć lat komisja Barroso nie znalazła czasu na wydanie wytycznych dotyczących przesłanek pozagospodarczych w stosowaniu prawa konkurencji. Tym samym względy społeczne i ekologiczne, które przed 2004 rokiem odgrywały poważną rolę w ograniczaniu destrukcyjnych skutków nieograniczonego rynku, praktycznie przestały się liczyć. Krajowe instytucje odpowiedzialne za ochronę konkurencji, na które przeniesiono kompetencje w tym zakresie, ani razu nie skorzystały z tych przesłanek.
W grudniu 2007 Europejski Trybunał Sprawiedliwości wydał precedensowe (i bardzo kontrowersyjne) wyroki w sprawach Laval i Viking (potwierdzone kilka miesięcy później wyrokiem w sprawie Rüffert), legalizując dumping socjalny i ograniczając poważnie prawo do strajku na terenie UE. Wyroki te wywołały konflikt między Komisją a Parlamentem. Parlament kilkakrotnie zwracał się do Komisji o rewizję dyrektywy o delegowaniu pracowników (która była podstawą prawną orzeczeń ETS). Barroso nie zareagował. Tym samym Komisja staje się odpowiedzialna za dumping socjalny, ograniczenia wolności związkowych i łamanie zasady „równa płaca za równą pracę w tym samym miejscu”.
W roku 2005 utworzono Frontex – unijną agencję odpowiedzialną za kontrolę granic zewnętrznych. Działalność Frontexu, a także polityka migracyjna i graniczna Unii nie tylko wzbudza ostrą krytykę ze strony organizacji broniących praw człowieka, lecz także wywołała „poważne zaniepokojenie” Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców oraz stanowczą krytykę komisarza ds. praw człowieka Rady Europy Thomasa Hammarberga. Marzenie o Europie jako ojczyźnie i przystani praw człowieka zaczyna coraz bardziej rozchodzić się z rzeczywistością.
To tylko kilka przykładów z bardzo długiej listy. Jest to bezdyskusyjnie najgorsza komisja w dziejach Wspólnot Europejskich. A jednak Barroso ma spore szanse na to, by zachować stanowisko na kolejną kadencję.
Jak to możliwe?
Przyjrzyjmy się stanowisku różnych frakcji w Parlamencie. Chadecy już ogłosili, że Barroso będzie ich kandydatem na przewodniczącego następnej Komisji. Zieloni sprzeciwiają się tej kandydaturze, a hasło „Stop Barroso” („Barroso musi odejść!”) uczynili jednym z wątków przewodnich swojej europejskiej kampanii wyborczej. Także europejscy komuniści na pewno będą przeciw Barroso. Liberałowie raczej Barroso poprą, chociaż najpewniej spróbują wytargować przy okazji dla siebie stanowisko przewodniczącego Parlamentu (na co mają poważne szanse). W tej sytuacji wiele, może najwięcej zależy od socjalistów. Ci zaś wahają się – lub raczej są w tej sprawie podzieleni.
Dlatego warto, zanim oddamy głos w nadchodzących wyborach, upewnić się, co nasz kandydat lub kandydatka myśli o kandydaturze Barroso na szefa Komisji. W tej sprawie nie ma miejsca na neutralność. Znam wiele osób, które noszą się z zamiarem oddania głosów nieważnych, gdyż czują, że po prostu nie mają na kogo głosować, że żadna lista jako całość nie spełnia ich minimalnych oczekiwań. Z czysto polskiej perspektywy jest w tym wiele racji. Ale dla Europy to są niezwykle ważne wybory. Europy nie stać na kolejne zmarnowane pięć lat. Tylko od nas zależy, czy Europę stać będzie na coś lepszego niż odchodząca komisja. Wciąż mamy szansę powstrzymać Barroso, zatrzymać wyścig na dno i nadać Unii Europejskiej nowy kierunek.
sobota, 28 lutego 2009
Western za ojczyznę
Nie ukrywam: bardzo czekałem na ten film. Nie tylko dlatego, że byłem ciekaw, jak z postacią Popiełuszki zmierzy się reżyser. Ksiądz Jerzy to bowiem nie tylko wyzwanie dla reżysera, lecz także ktoś, kto nie pasuje do żadnej z dominujących opowieści o Polsce. Jego śmierć to niewygodny fakt dla tych, którzy chcieliby pospiesznego pojednania obu stron dzielącego Polskę przez lata 80. konfliktu, bez mówienia o wyrządzonych wówczas krzywdach. Jego życie i działalność to z kolei niewygodna okoliczność dla tych, którzy na początku lat 90. walkę o prawa, interesy i godność ludzi pracy zastąpili prywatyzacją, „przyspieszeniem”, powrotem do kapitalistycznej normalności. Jego nonkonformizm, autentyczność, gotowość do buntu kosztem ogromnego ryzyka to wreszcie wyzwanie dla wszystkich, którzy chcieliby po prostu znaleźć sobie wygodne miejsce w świecie, w którym żyją, przymykając oczy na wpisaną weń niesprawiedliwość. Jako męczennik jest też Popiełuszko wyzwaniem dla polskiej kultury, zbudowanej, jak uczy Maria Janion, na umiejętności rozmawiania ze zmarłymi, na intymnej komunikacji między żyjącymi a tymi, którzy odeszli. Zdolność podtrzymywania tej rozmowy – a film o Popiełuszce może być jej papierkiem lakmusowym – to sprawdzian zdolności polskiej kultury do życia i tworzenia nowych wartości.
Prawdę mówiąc, idąc do kina, spodziewałem się, że zobaczę hagiografię. Niekoniecznie arcydzieło (choć i hagiografia może być arcydziełem), ale poruszającą opowieść, która pozostawi mnie w przekonaniu, że warto zmieniać świat, albo chociaż że warto być lepszym człowiekiem. Albo ciekawą opowieść o Polsce, w której postać Popiełuszki posłuży jako pryzmat, zmuszający do spojrzenia na nią w jakimś innym świetle, w nowy sposób. Albo ciekawy film religijny... Niestety, film sprawia wszelkim oczekiwaniom srogi zawód. Zbudowany jest jak western: strzelają, konspirują, uciekają, gonią, chowają się, biją. Postacie są jednowymiarowe, wyraziście dobre albo złe, bez dylematów, bez większych namiętności. Sam Popiełuszko, który musiał być przecież w rzeczywistości człowiekiem żarliwym i nietuzinkowym, jest przedstawiony dość bezbarwnie. Nie widać namiętności, która nim kieruje. Nie budzi żadnych kontrowersji. Sympatyczny, pobożny, dobry dla ludzi i dla zwierząt... trudno sobie wyobrazić, że komuś mógłby w ogóle przeszkadzać.
Film powstał na styku ideologicznych interesów IPN i polskiego Kościoła – o patronacie IPN i honorowym patronacie kilkunastu (!) biskupów dowiadujemy się z napisów końcowych. Wyraźnie odbija się to na jego zawartości. PRL to po prostu kraj pod okupacją, a zarazem państwo, którego istotą jest głównie to, że bije i zabija swoich obywateli. Jest w nim mnóstwo agentów. Sprawa agentów jest nieco problematyczna (stanowiska Kościoła i IPN są w tej kwestii trochę rozbieżne), ale znalazło się rozwiązanie kompromisowe. Film pokazuje, jak niszczący i szkodliwy był wpływ agentury na życie codzienne ludzi, ale z drugiej strony przykład Popiełuszki demonstruje możliwość przebaczenia i nieinteresowania się tym, kto jest, a kto nie jest donosicielem. Kościół to wręcz marmurowy monolit: żadnych wewnętrznych konfliktów, żadnych sporów czy różnicy zdań. Jednym słowem – same propagandowe klisze i ani jednego poważnego pytania o trudne i zawikłane dziedzictwo naszej najnowszej historii. Popiełuszko, kimkolwiek naprawdę był, z pewnością zasługuje na lepszy film.
Ale być może prawdziwy film o Popiełuszce musiałby dokonać rzeczy niemożliwej – skonfrontować tę postać z realiami polskiej transformacji. Gdyby ubecy znali przyszłość, to może zamiast katować księdza Jerzego przeczytaliby mu po prostu kilka zdań z Centesimus annus? „Kościół docenia pozytywną rolę zysku” – jak na te słowa Jana Pawła II zareagowałby „duszpasterz robotników”? A gdyby jakimś cudem przeżył, jakie miejsce znalazłby sobie w nowej rzeczywistości? Czy wraz z papieżem przestawiłby się z obrony godności pracy na docenianie pozytywnej roli zysku, zostając np. kapelanem PKPP „Lewiatan”? Czy też razem z ks. Tischnerem piętnowałby w nowych warunkach jako „postawy roszczeniowe” te same marzenia o lepszym życiu, które doprowadziły do upadku PRL? A może podobnie jak ks. Jankowski przekwalifikowałby się z tematyki związkowej na antysemityzm? Albo jak ks. Isakowicz-Zaleski nadal by walczył o sprawiedliwość, ale już głównie o tę, której nie było przed 1989, nie zaś o tę, której brakuje teraz? A jeśli miałby pozostać Popiełuszką-duszpasterzem robotników, to jaki by musiał być? I czy demokratyczne media III RP traktowałyby go lepiej niż kiedyś reżimowi dziennikarze? Jak by to w ogóle mogło wyglądać?
Jest faktem, że po roku 1989 świat pracy w Polsce nie miał – i nie ma – swojego Popiełuszki. Ktoś taki byłby dziś pewnie po prostu niemożliwy.
Prawdę mówiąc, idąc do kina, spodziewałem się, że zobaczę hagiografię. Niekoniecznie arcydzieło (choć i hagiografia może być arcydziełem), ale poruszającą opowieść, która pozostawi mnie w przekonaniu, że warto zmieniać świat, albo chociaż że warto być lepszym człowiekiem. Albo ciekawą opowieść o Polsce, w której postać Popiełuszki posłuży jako pryzmat, zmuszający do spojrzenia na nią w jakimś innym świetle, w nowy sposób. Albo ciekawy film religijny... Niestety, film sprawia wszelkim oczekiwaniom srogi zawód. Zbudowany jest jak western: strzelają, konspirują, uciekają, gonią, chowają się, biją. Postacie są jednowymiarowe, wyraziście dobre albo złe, bez dylematów, bez większych namiętności. Sam Popiełuszko, który musiał być przecież w rzeczywistości człowiekiem żarliwym i nietuzinkowym, jest przedstawiony dość bezbarwnie. Nie widać namiętności, która nim kieruje. Nie budzi żadnych kontrowersji. Sympatyczny, pobożny, dobry dla ludzi i dla zwierząt... trudno sobie wyobrazić, że komuś mógłby w ogóle przeszkadzać.
Film powstał na styku ideologicznych interesów IPN i polskiego Kościoła – o patronacie IPN i honorowym patronacie kilkunastu (!) biskupów dowiadujemy się z napisów końcowych. Wyraźnie odbija się to na jego zawartości. PRL to po prostu kraj pod okupacją, a zarazem państwo, którego istotą jest głównie to, że bije i zabija swoich obywateli. Jest w nim mnóstwo agentów. Sprawa agentów jest nieco problematyczna (stanowiska Kościoła i IPN są w tej kwestii trochę rozbieżne), ale znalazło się rozwiązanie kompromisowe. Film pokazuje, jak niszczący i szkodliwy był wpływ agentury na życie codzienne ludzi, ale z drugiej strony przykład Popiełuszki demonstruje możliwość przebaczenia i nieinteresowania się tym, kto jest, a kto nie jest donosicielem. Kościół to wręcz marmurowy monolit: żadnych wewnętrznych konfliktów, żadnych sporów czy różnicy zdań. Jednym słowem – same propagandowe klisze i ani jednego poważnego pytania o trudne i zawikłane dziedzictwo naszej najnowszej historii. Popiełuszko, kimkolwiek naprawdę był, z pewnością zasługuje na lepszy film.
Ale być może prawdziwy film o Popiełuszce musiałby dokonać rzeczy niemożliwej – skonfrontować tę postać z realiami polskiej transformacji. Gdyby ubecy znali przyszłość, to może zamiast katować księdza Jerzego przeczytaliby mu po prostu kilka zdań z Centesimus annus? „Kościół docenia pozytywną rolę zysku” – jak na te słowa Jana Pawła II zareagowałby „duszpasterz robotników”? A gdyby jakimś cudem przeżył, jakie miejsce znalazłby sobie w nowej rzeczywistości? Czy wraz z papieżem przestawiłby się z obrony godności pracy na docenianie pozytywnej roli zysku, zostając np. kapelanem PKPP „Lewiatan”? Czy też razem z ks. Tischnerem piętnowałby w nowych warunkach jako „postawy roszczeniowe” te same marzenia o lepszym życiu, które doprowadziły do upadku PRL? A może podobnie jak ks. Jankowski przekwalifikowałby się z tematyki związkowej na antysemityzm? Albo jak ks. Isakowicz-Zaleski nadal by walczył o sprawiedliwość, ale już głównie o tę, której nie było przed 1989, nie zaś o tę, której brakuje teraz? A jeśli miałby pozostać Popiełuszką-duszpasterzem robotników, to jaki by musiał być? I czy demokratyczne media III RP traktowałyby go lepiej niż kiedyś reżimowi dziennikarze? Jak by to w ogóle mogło wyglądać?
Jest faktem, że po roku 1989 świat pracy w Polsce nie miał – i nie ma – swojego Popiełuszki. Ktoś taki byłby dziś pewnie po prostu niemożliwy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


