Wątek, od którego chciałbym zacząć rozmowę, to postać Antygony – postać niepokojąca, która stanowi wyzwanie. Jej znaczenie zależy od tego, jak ją sobie dziś opowiemy czy zinterpretujemy. Bardzo łatwo byłoby z Antygony zrobić patronkę fundamentalistów religijnych, podkładających bomby pod kliniki ginekologiczne w imię wyższego, boskiego prawa. Ale Antygona bardziej lewicowa czy progresywna, Antygona feministyczna też jest bardzo niepokojąca jako postać kobieca, która nie szuka swojego miejsca w istniejącym porządku, ale zawsze go domyślnie kwestionuje. Nie potrafimy sobie wyobrazić, że Antygona dojrzeje i zostanie Condoleezzą Rice. I to jednocześnie jest w Antygonie bardzo fajne i bardzo niepokojące...
W numerze 100 "Didaskaliów" (grudzień 2010) można przeczytać zapis prowadzonej przeze mnie debaty wokół książki Judith Butler Żądanie Antygony z udziałem Mateusza Borowskiego, Pawła Dybla, Małgorzaty Sugiery i Weroniki Szczawińskiej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LGBT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LGBT. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 20 grudnia 2010
środa, 22 lipca 2009
To wy jesteście zboczeńcami
Głupio mi trochę zaczynać tę moją recenzję od konkluzji, ale nie mogę się powstrzymać: Brüno, najnowsze dzieło Sachy Barona Cohena, to film odważny i mądry. Mógłbym dodać: i zabawny. To prawda, jest również zabawny, jak to komedia. Niektórym ten humor będzie odpowiadać, innym może nie. Myślę jednak, że warto spojrzeć na Brünona przede wszystkim jako na intelektualny eksperyment oparty na konsekwentnym zastosowaniu dwóch iście diabelskich procedur.Procedura pierwsza: jak wyglądałby świat, gdyby homofobiczne wyobrażenia na temat gejów były prawdziwe? Wyjmijcie z głowy przeciętnego homofoba najgorsze fantazje lękowe na temat gejów i zainscenizujcie je na ekranie – voilà, nasz Brüno we własnej osobie! Przegięty, seksoholiczny, ostentacyjny, obnoszący się ze swoim narcyzmem. Widzimy go w scenach wyrafinowanego seksu, oczywiście analnego, lejącego szampana z butelki umieszczonej w odbycie partnera. Spotykamy go zaaferowanego symulowanym obciąganiem i lizaniem rowa, nachalnie przystawiającego się do niczego niepodejrzewających heteryków (tzw. „łapanie za dupę”) itp. itd. Mocne? To dopiero początek... Dalej mamy adopcję, a właściwie kupno dziecka, oczywiście małego chłopca, oczywiście w Afryce, w zamian za wypasionego iPoda. Familijne zdjęcie z nowo nabytym synkiem: kąpiemy chłopca w jacuzzi, z czterema nagimi mężczyznami, z których dwaj przyjęli niedwuznaczną pozycję. Mocne? To jeszcze nie wszystko, ale dość! Nie zdradzę więcej szczegółów, żeby nie psuć nikomu frajdy.
No dobrze, ale po co to wszystko? Czy nie przypomina to jakiejś homofobicznej wersji Żyda Süssa? Ładnie to tak powielać najgorsze stereotypy? Dworować sobie z tych, którzy i tak są słabsi? Niby Brüno doprowadza to wszystko do absurdu, co jednak, jeśli ktoś to przypadkiem weźmie poważnie? Jakkolwiek by patrzeć, wydaje się, że Baron Cohen tym razem, nomen omen, przegina...
Faktycznie, sama inscenizacja homofobicznych stereotypów nie uniosłaby jeszcze filmu. Stąd procedura druga: zestawienie tej fantazji z kunsztownie sfilmowaną społeczną normalnością. I to właśnie zaglądanie pod podszewkę normalności jest najciekawsze. Oto po powrocie z Afryki Brüno pragnie zorganizować świeżo nabytemu dziecku sesję zdjęciową wśród rówieśników. Ogłasza casting, przychodzą żądni zarobku rodzice. Lista rzeczy, na które się godzą (trudno powiedzieć, czy z chciwości, czy z konformizmu, czy w nadziei, że ich dziecko będzie sławne) jest porażająca: „Można go będzie zawiesić na krzyżu obok mojego synka?” - „Ależ oczywiście”. - „Nie boi się dużych prędkości?” - „Skądże”. - „Mały lubi się bawić fosforem?” - „Wprost uwielbia!” (Myślicie, że geje chcą kupować dzieci? A może to po prostu wy sami lubicie je sprzedawać?)
Brüno zbudowany jest na takich kontrapunktach. Z jednej strony mamy więc fantastyczne obrazy homoseksualnego wyuzdania, z drugiej realne sceny nagrane na imprezie heteryckich swingersów. Z jednej strony fantazmat „agresywnego” epatowania przez gejów swoją seksualnością (zawsze jak wiemy przeciwstawiany łagodnej skromności normalsów), z drugiej realne nagranie publiczności pokazu wrestlingu, wykrzykującej ekstatycznie „Jesteśmy hetero! Nienawidzimy pedałów!” Z jednej strony fantazja o homoseksualistach samolubnych i zaaferowanych sobą, z drugiej autentyczna pogawędka o pomaganiu ludzkości z gwiazdą usadowioną na meksykańskim robotniku podstawionym jej jako krzesło. Świat, w którym żyjemy, nasz najnormalniejszy świat zbudowany jest na wartościach takich jak wyzysk, hipokryzja, agresywny heteroseksualizm czy okrucieństwo wobec dzieci. Nie dostrzegacie tego? – zdaje się pytać Brüno. – Nie przeszkadza wam to? Zboczeńcy!
poniedziałek, 13 lipca 2009
O sztuce i zmianie społecznej
Czy sztuka wpływa na społeczeństwo? Nie do końca mam zaufanie do pojęcia „wpływu”. Wpływ może być miękką nazwą dla dominacji. Oczywiście nie tylko rządzący wywierają wpływ na rządzonych, lecz także przyjaciele wpływają na przyjaciół, a nawet rządzeni mogą wywierać „oddolny wpływ” na rządzących. Jednak pojęcie wpływu zamazuje różnice między tymi kontekstami. Dlatego potrzebujemy innych pojęć do myślenia o związkach między praktyką artystyczną a życiem społecznym. - piszę na forum Kongresu Kultury Polskiej (30 maja 2009). Zapraszam do dyskusji!
![]() |
| Zdjęcie z kampanii "Niech nas zobaczą" (2003), fot. Karolina Breguła |
czwartek, 29 stycznia 2009
Mniej strachu, więcej gniewu
Wśród wielu drugoplanowych postaci filmu „Obywatel Milk” pojawia się bohater, który odgrywa wielką rolę w filmowych zdarzeniach, a którego mimo to łatwo nie zauważyć. Zastanawiam się, ilu widzów zwróciło uwagę na biało-czerwony megafon Harveya Milka. Na filmie otrzymuje go on od działaczy związkowych wdzięcznych za bojkot konsumencki – wsparcie, jakiego środowisko gejowskie udzieliło protestowi pracowników pewnej firmy. A następnie, już jako lokalny polityk, któremu nie uchodzi stać i krzyczeć na ulicy, przekazuje go młodszemu pokoleniu aktywistów. W obu wypadkach jest to moment przekazania mocy. Nie chodzi tylko o konkretne urządzenie, ale o wpisanie w długą tradycję społecznego protestu, walki o godne życie. Śledząc perypetie megafonu, myślę o ruchach społecznych – o ciągłości między różnymi typami ruchów i sojuszach, jakie mogą zawierać. Oraz o paradoksalnym, pełnym napięcia, ale jednak bliskim związku między ruchem społecznym a „profesjonalną” lewicową polityką.
Przede wszystkim jednak myślę o tym, jak ze strachu rodzi się gniew, a z gniewu – zmiana społeczna.
Strach pojawia się na ekranie już od pierwszych ujęć. Film otwierają sceny (zapewne dokumentalne nagrania) ukazujące policyjne nagonki na homoseksualistów. Widzimy ludzi wywlekanych z barów i upychanych w furgonetkach, zasłaniających oczy w obawie przed obiektywem kamery. Widzimy, jak Harvey przyspiesza nerwowo kroku, kiedy nocą na ulicy ktoś wysiada z samochodu trzaskając drzwiczkami. Widzimy ofiary morderstw i listy z pogróżkami. Słyszymy też, jak o strachu się w tym filmie rozmawia.
Cóż, strach to uczucie konserwatywne. Uczucie, które izoluje ludzi od siebie nawzajem i zamyka ich w prywatności. Nawet kiedy tysiąc osób przeżywa ten sam strach, rozpada się on na tysiąc odosobnionych strachów. Zasłaniając twarze, chowając się w domach, rezygnując z działania – pozwalamy, by rzeczy nadal toczyły się tak, jak się toczą. Dopiero gniew jednoczy ludzi i skłania do wyjścia z prywatności. Przemiana strachu w gniew równa się odzyskaniu godności. Tysiąc rozgniewanych osób, jeśli wyjdą na ulicę zaprotestować przeciw bezprawnej przemocy lub przeciw przemocy zadawanej im w imię niesprawiedliwego prawa – to już nie jest tysiąc zamkniętych w sobie monad. To lud. A to, co się dzieje, kiedy lud wychodzi na ulicę zabrać głos we własnej sprawie – to jest właśnie postęp.
Demokratyczny gniew jest siłą, która zmienia świat. Ale nie da się ukryć, gniew nie ma w Polsce dobrej prasy. Architekci sfery publicznej III RP nie przewidzieli w niej dobrego miejsca dla protestu. Wszelkie przejawy społecznego gniewu z góry napiętnowano jako populizm, roszczeniowość lub oszołomstwo. To, co jest największym skarbem demokracji, oddano więc na żer populistom. Tymczasem bez demokratycznego ducha protestu system polityczny kostnieje i traci zdolność do samonaprawy.
Nic nie pokazuje tego lepiej, niż słowa, jakie w grudniu 2008 w telewizyjnym programie Moniki Olejnik usłyszeli od prowadzącej aktywiści związkowi: że ich protest przeciw odebraniu pomostówek jest bezzasadny, bo bronią tylko pewnej „mniejszości”. Wydawałoby się, że słowa te już się skompromitowały. Słyszeliśmy je wszak tyle razy z ust prawicowych polityków, którzy swoje zakazy marszów równości uzasadniali mówiąc, że chodzi w nich tylko o interes uprzywilejowanej mniejszości. Wydawałoby się, że sądy i opinia publiczna zgodnie uznały, że mniejszości mają prawo do posiadania praw. A jednak, jak pokazuje sprawa pomostówek, bycie mniejszością (albo bycie postrzeganym jako mniejszość) nadal oznacza, że ma się w Polsce przechlapane.
W jednej z dramatyczniejszych scen filmu Milk mówi, że za strach i niemoc, za brak zorganizowanego gniewu płacimy nie tylko tym, że nic się nie zmienia. Płacimy często własnym życiem. Także w Polsce, czytając np. rosnące statystyki wypadkowości pracy, warto pomyśleć o osobach, które za elastyczny kodeks pracy, za słabość związków zawodowych, a przede wszystkim za wyparcie wątków protestu z porządku symbolicznego III RP płacą dziś śmiercią, kalectwem lub utratą bliskich. (Już w głowie słyszę głos Moniki Olejnik, że to tylko pewna mniejszość...)
Tylko gdzie on dziś jest, ten czerwono-biały megafon Harveya Milka?
Przede wszystkim jednak myślę o tym, jak ze strachu rodzi się gniew, a z gniewu – zmiana społeczna.
Strach pojawia się na ekranie już od pierwszych ujęć. Film otwierają sceny (zapewne dokumentalne nagrania) ukazujące policyjne nagonki na homoseksualistów. Widzimy ludzi wywlekanych z barów i upychanych w furgonetkach, zasłaniających oczy w obawie przed obiektywem kamery. Widzimy, jak Harvey przyspiesza nerwowo kroku, kiedy nocą na ulicy ktoś wysiada z samochodu trzaskając drzwiczkami. Widzimy ofiary morderstw i listy z pogróżkami. Słyszymy też, jak o strachu się w tym filmie rozmawia.
Cóż, strach to uczucie konserwatywne. Uczucie, które izoluje ludzi od siebie nawzajem i zamyka ich w prywatności. Nawet kiedy tysiąc osób przeżywa ten sam strach, rozpada się on na tysiąc odosobnionych strachów. Zasłaniając twarze, chowając się w domach, rezygnując z działania – pozwalamy, by rzeczy nadal toczyły się tak, jak się toczą. Dopiero gniew jednoczy ludzi i skłania do wyjścia z prywatności. Przemiana strachu w gniew równa się odzyskaniu godności. Tysiąc rozgniewanych osób, jeśli wyjdą na ulicę zaprotestować przeciw bezprawnej przemocy lub przeciw przemocy zadawanej im w imię niesprawiedliwego prawa – to już nie jest tysiąc zamkniętych w sobie monad. To lud. A to, co się dzieje, kiedy lud wychodzi na ulicę zabrać głos we własnej sprawie – to jest właśnie postęp.
Demokratyczny gniew jest siłą, która zmienia świat. Ale nie da się ukryć, gniew nie ma w Polsce dobrej prasy. Architekci sfery publicznej III RP nie przewidzieli w niej dobrego miejsca dla protestu. Wszelkie przejawy społecznego gniewu z góry napiętnowano jako populizm, roszczeniowość lub oszołomstwo. To, co jest największym skarbem demokracji, oddano więc na żer populistom. Tymczasem bez demokratycznego ducha protestu system polityczny kostnieje i traci zdolność do samonaprawy.
Nic nie pokazuje tego lepiej, niż słowa, jakie w grudniu 2008 w telewizyjnym programie Moniki Olejnik usłyszeli od prowadzącej aktywiści związkowi: że ich protest przeciw odebraniu pomostówek jest bezzasadny, bo bronią tylko pewnej „mniejszości”. Wydawałoby się, że słowa te już się skompromitowały. Słyszeliśmy je wszak tyle razy z ust prawicowych polityków, którzy swoje zakazy marszów równości uzasadniali mówiąc, że chodzi w nich tylko o interes uprzywilejowanej mniejszości. Wydawałoby się, że sądy i opinia publiczna zgodnie uznały, że mniejszości mają prawo do posiadania praw. A jednak, jak pokazuje sprawa pomostówek, bycie mniejszością (albo bycie postrzeganym jako mniejszość) nadal oznacza, że ma się w Polsce przechlapane.
W jednej z dramatyczniejszych scen filmu Milk mówi, że za strach i niemoc, za brak zorganizowanego gniewu płacimy nie tylko tym, że nic się nie zmienia. Płacimy często własnym życiem. Także w Polsce, czytając np. rosnące statystyki wypadkowości pracy, warto pomyśleć o osobach, które za elastyczny kodeks pracy, za słabość związków zawodowych, a przede wszystkim za wyparcie wątków protestu z porządku symbolicznego III RP płacą dziś śmiercią, kalectwem lub utratą bliskich. (Już w głowie słyszę głos Moniki Olejnik, że to tylko pewna mniejszość...)
Tylko gdzie on dziś jest, ten czerwono-biały megafon Harveya Milka?
środa, 31 grudnia 2008
O Żydach i gejach po włosku
Z przyjemnością donoszę, że we włoskim piśmie "eSamizdat. Rivista di culture dei paesi slavi" (nr 2-3/2008) ukazał się mój artykuł o judaizowaniu gejów w dyskursie "Naszego Dziennika" (i w polityce Watykanu), w rewelacyjnym tłumaczeniu Alessandra Amenty [pdf].
Subskrybuj:
Posty (Atom)

